Warning: realpath(): open_basedir restriction in effect. File(/home/klient.dhosting.pl/whatnext/cdn.whatnext.pl/public_html/uploads) is not within the allowed path(s): (/home/klient.dhosting.pl/whatnext/betawn.dkonto.pl/:/home/klient.dhosting.pl/whatnext/.tmp/:/demonek/www/public/bledy.demonek.com/:/usr/local/lsws/share/autoindex:/usr/local/php/:/dev/urandom) in /home/klient.dhosting.pl/whatnext/betawn.dkonto.pl/public_html/web/wp/wp-includes/functions.php on line 1992
WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Publicystyka

Granie jest coraz cięższe, czyli o growych kupkach wstydu

Jeśli należycie do tego grona graczy, którym „growa kupka wstydu” rośnie z roku na rok i niewiele możecie z tym zrobić, to z pewnością czujecie, że stare, dobre czasy na granie minęły.

Zanim przejdę do opisu swojej sytuacji w growym półświatku, chciałbym od razu zarysować temat przewodni. Jest nim nic innego, jak czas, który poświęcamy na przejście gry. Jest to o tyle ważny element, że zaliczył już trzy główne (przynajmniej moim zdaniem) etapy.

Najpierw, na początku rozwoju gier, producenci sztucznie wydłużali długość rozgrywki, abyśmy spędzali więcej czasu przy automatach, a później nie czuli się oszukani na zakupie gry, która wystarczyła nam nie na kilka, a na kilkadziesiąt godzin. Co tu dużo mówić, na początku produkcje wcale nie były tak bogate.

granie, ochota do grania, kupki wstydu gier, gry

Realizowano to jednak sztucznie i bez polotu, wprowadzając po prostu bezsensowne tryby, które zachęcały do pobijania swoich wcześniejszych wyników, czy wydłużające całą przygodę bezsensowne sekwencje.

Do tej pory krew mnie zwyczajnie zalewa, kiedy przypominam sobie te tytuły, w których na danym etapie rozgrywki nie mogliśmy dotrzeć do danego miejsca tylko przez to, że nie posiadaliśmy umiejętności, czy jakiegoś narzędzia. Co musieliśmy wtedy zrobić? Zapamiętać tę lokację i grzecznie wrócić za kilkanaście godzin, tracąc czas albo na zdobywaniu osiągnięcia, albo – co gorsze – poznawania części fabuły, której mogliśmy nie odkryć. 

Wróćmy jednak do głównego tematu, bo tę złą tendencję u producentów zastąpiła z biegiem lat tendencja zupełnie nowa, choć w zasadzie identyczna. Mowa o upychaniu do gier często na siłę to otwartego świata, to rozwoju postaci, to bezsensownych „znajdziek” i pustych, robionych na kolanie zadań, aby tylko z 15/20 godzin rozgrywki wyciągnąć te 35/40.

horizon zero dawn, podsumowanie dnia

Wiecie – wydając 250 zł na 20-godzinną zabawę „płacimy” w teorii i najlepszym wypadku 12,5 zł na godzinę rozrywki, co spada o połowę w przypadku 40-godzinnego gameplayu. Co tu dużo mówić, zachęca bardziej ta druga opcja. Czy da się to zrobić dobrze? Oczywiście! Wystarczy powołać się na Wiedźmina 3, w którym naprawdę niewiele elementów mogło naprawdę przynudzać.

I teraz najciekawsze – to sztuczne wydłużanie zabawy spotyka się obecnie z zupełnie innym podejściem tworzenia gier. W skrócie? Ta ma być tak długa, jak tylko długa być powinna z zachowaniem tego, co w niej najlepsze. Jednak wystarczy śledzić komentarze coraz to nowszych zapowiedzi i recenzji, aby zobaczyć, że jednym osobom podoba się tego typu rozciągnie rozgrywki, a drugim wręcz przeciwnie – wolą skondensowaną i nierozwodnioną treść.

Najgorsze jest w tym to, że w moim otoczeniu mogę wskazać z ogromną dozą prawdopodobieństwa tych graczy, którzy opowiadają się za jedną ze stron. Jak? Patent jest prosty – im więcej czasu mają na granie, tym dłuższe gry wolą, choć pomijam tutaj kwestię tych tytułów, które skupiają się na rozgrywce wieloosobowej.

Jasne, rozważanie tego temat pod kątem tylko swojego otoczenia zakrawa o zamykanie się we własnej bańce, dlatego śmiało podrzućcie poniżej, co myślicie na temat tego wniosku. Zwłaszcza że teraz nadszedł idealny czas na wtrącenie moich trzech groszy, czyli kogoś, kto przed laty spędzał dobre 4/5 godzin dziennie na graniu, a teraz spędza tyle może w dwa, trzy miesiące.

Ostatnio zastanawiałem się – dlaczego? Oczywiście, pierwsza myśl jest jasna i sprowadza się do dziwnie skurczonych zasobów czasu, ale przecież wszystko ma swoje powody. Dlatego też zacząłem drążyć… i drążyć, aż doszedłem do wniosku, że przy warunkach sprzętowych, na które mało kto mógłby narzekać, naprawdę chciałbym wrócić do tego wirtualnego świata, ALE… tutaj wpadłem na moje trzy największe problemy. 

Na godzinę nie ma co sprzętu rozgrzewać

Co tu dużo mówić, każdy zapewne zna ten moment, kiedy nagle na nasze konto wolnego czasu wpada pół, a może nawet cała godzinka. Czy to przed rozpoczęciem pracy, z góry zaplanowaną czynnością, czy wyjściem ze znajomymi. Ale godzina? Ile to jest w erze wciągających gier? Tyle, co nic – no może jeden, dwa questy w RPGu albo jedna porządniejsza misja w kampanii. 

granie, ochota do grania, kupki wstydu gier, gry

Coś w kooperacji? Nie ma nawet mowy, bo kiedy wybije koniec czasu, samo odejście nie tylko od gry, ale też naszego kompana, nie jest zwyczajnie łatwe. Innymi słowy, problem jest prosty – w wolnych chwilach nie gramy, bo często nie mamy wystarczająco dużo czasu na zagłębienie się w wirtualny świat. Pomijając już to, że podczas zabawy z tyłu głowy nieustannie będzie siedzieć czyhający na nas obowiązek.

Rozwiązanie? Proste – granie po nocach i po załatwieniu wszystkiego (ale przecież życie to nie tylko praca i rozrywka!) albo coś bardziej uniwersalnego, czyli wybór tych gier, które nie wymagają specjalnego zaangażowania. Przykład? Jakakolwiek produkcja z podziałem na konkretne misje, które odpalamy, kończymy i nie mamy żadnych wyrzutów sumienia, że skończymy tylko na jednej. 

To ma być zabawa, a nie test sprawności umysłowej

Każdy zapewne miał kiedyś moment, w którym jakaś gra odrzucała go na samym początku tylko tym, że była skomplikowana. Miała tak wysoki próg wejścia, że czuliśmy się po prostu przytłoczeni natłokiem informacji, zasad i możliwości. Czy to w rozbudowanym RPGu, strzelance nastawionej na rywalizację, czy solidnych strategii. Uczucie to jest porównywalne z rozpoczynaniem nauki na skomplikowanym kursie, czy (nieco bliżej zabawy) poznawaniu zasad gry planszowej.

granie, ochota do grania, kupki wstydu gier, gry

Tego typu gry wymagają od nas części siebie. Czasu i wysiłku w ich zrozumienie, zanim będą w stanie zagwarantować nam wciągającą po same uszy rozgrywkę. Rzecz jasna dla jednych sam ten proces poznawania gry jest czymś wyjątkowym, przyjemnym, ale niektórzy po prostu irytują się tym, jak wiele muszą od siebie dać. Przecież dla czystej zabawy znacznie prościej jest po prostu włączyć Netflixa.

Zabójcza niepewność na miarę bossów z Dark Soulsów

Jeśli należycie do grona graczy po tej dobrej stronie muru, czyli tych, którzy pojęcie seedów i peerów nie znają z praktyki, to prawdopodobnie odczuwacie też z tyłu głowy obiekcje przed nowymi tytułami. W teorii powinniśmy się cieszyć, że mamy coraz więcej gier do sprawdzenia, ale nasze powracanie do starych klasyków, mówi jasno, że to, co nowe, niekoniecznie musi być dla nas lepsze. Przynajmniej pod kątem czystej zabawy. 

granie, ochota do grania, kupki wstydu gier, gry

Mamy więc najzwyczajniej obawę przed wydaniem 250 zł na świeżą grę, która może kompletnie się nam nie spodobać i to nawet wtedy, kiedy zbiera pozytywne recenzje. To już nie czasy, w których grało się we wszystko, co tylko wpadło nam w ręce. Nietrudno tym samym odnieść wrażenie, że branża gier jest obecnie na tym samym etapie rozwoju, przez który w przeszłości musiały przegryźć się filmy, aby finalnie zostały uznane za dzieła kultury. 

Możemy bowiem uważać, że gry pozostają w stagnacji od kilku lat – jak zresztą jakość grafiki – oferując to samo, co ich poprzednicy. Wiecie, to coś na poziomie filmów Marvela – zwykle fajnie się je ogląda i nie ma dla nas większego znaczenia to, że oglądaliśmy już to samo (mowa o schemacie budowania fabuły) kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt razy, ale w innej oprawie. 

Koniec kupki wstydu gier?

Jest to więc dla gier czas, w których docenia się tylko perełki, mogące zaoferować coś nowego, świeżego. Coś, co zachęci nas do przemyśleń albo przynajmniej zapewni nam niespotykaną wcześniej rozrywkę. To dążenie do nowości sprawia, że z czasem wielu od gier po prostu się delikatnie odcina, szukając doświadczeń gdzieś indziej.

Chcę przez to powiedzieć, że obecnie nie jest czymś złym, aby mieć swoją “grową kupkę wstydu”, bo czy każdy z Was nie ma tego samego, ale w przypadku książek i filmów? Dla branży gier nadszedł czas, w którym potrzebujemy nowatorskości, a nawet innowacji i żeby nie być gołosłownym, można podrzucić tutaj przykład Sekiro, zapowiadającego się na perełkę Cyberpunka 2077, czy wydanego niedawno Death Stranding. 

granie, ochota do grania, kupki wstydu gier, gry

Jasne, wyniki sprzedażowe mówią jasno, że wyższa jakość merytoryczna i ukryte wartości w niszowym produkcie nie są drogą prostą dla deweloperów. Zwłaszcza kiedy robione na schematach gry zarabiają dziesiątki milionów, ale z drugiej strony… czy tego samego nie obserwujemy w przypadku filmów, wśród których zdarzają się coraz częściej perełki? 

Tak właśnie usprawiedliwiam sobie to, że przez ostatni rok spędziłem w grach mniej czasu, niż kiedyś przez tydzień i w sumie dobrze mi z tym. Zwłaszcza że trwam w oczekiwaniu na to, aby wrócić do grania, kiedy większość gier przestanie sprawiać wrażenie „tego samego”. 

A jak jest z Wami? Czujecie, że z roku na rok poświęcacie graniu mniej uwagi? Może uważacie, że większych głupot, jak te powyżej nigdy nie przeczytaliście? Śmiało dorzućcie swoje trzy grosze poniżej.